Dotarłem z panią Kiuchi do Iwama 4-tego sierpnia 2001 r. Droga z Chiba (tam zatrzymaliśmy się na nocleg) pociągiem zajęła nam kilka godzin. Mijaliśmy różnorakie wsie i miasteczka. Ulotne spojrzenia nie dawały mi żadnych istotnych informacji o regionie. Zagięte narożniki dachów i ozdobne dachówki- to najmocniej utkwiło mi w pamięci. Soczysta zieleń upraw, lasów, okazjonalnie betonowa wysepka miasteczka lub wsi. Wiedziałem tylko to, że jestem na prowincji. Pociąg zatrzymał się w Iwama na pustej stacji kolejowe. Nie było tam żadnych ludzi prócz kilku uczennic z liceum oraz obsługi stacji. Na umieszczonym tam planie miasta było oznaczone Dojo i Świątynia Aikido.
Wyszliśmy z dworca i oczom naszym ukazała się biedna wieś. W strugach deszczu i przy braku słońca mogła się wydawać dość przygnębiająca, Wywarła na mnie złe wrażenie. Smutna, szara i zaniedbana wioska. Gdyby nie przejeżdżające co jakiś czas samochody uznałbym je za całkowicie wymarłe. W dodatku ogarniało mnie uczucie niepewności. Pan Saito, opiekun Ibaragi Dojo oraz Aiki Jinja (świątynia Aiki) nie przyjmuje zbyt chętnie niespodziewanych gości. Nie wiedziałem, jak mnie przyjmie. Wyobrazić to sobie można w ten sposób: jedzie się na koniec świata, być może po raz ostatni w życiu i być może, człowiek który będzie szafował o pomyślności ekspedycji powie ci, że niestety, ale nie da rady... Tak mniej więcej wówczas się czułem.
Powoli zbliżaliąmy się do Dojo. Natknęliśmy się na grupkę Aikidoków, ćwiczących z bokkenami. Nie bardzo wiedzieliśmy, co zrobić w tej sytuacji. Wiadomo, że przerywanie treningu mogłoby zostać za niegrzeczne. Zaś czekanie w nieskończoność na zaproszenie po prostu mijało się z celem... Na szczęcie dostrzegłem idącego obcokrajowca w towarzystwie Japończyka ubranego w keikogi. Dzięki temu, że był to nie-japończyk, z pewnością bardziej otwarty na rozmowę ze mną niż ktoś lokalny, z łatwością mogłem zainicjować rozmowę. Przedstawiłem się grzecznie Włochowi (którym okazał się być ów nie-japończyk) i pokrótce przedstawiłem moją prośbę: możliwość zobaczenia i ewentualnego sfotografowania Aiki Jijna oraz Ibaragi Dojo. Sprawa została zreferowana Japończykowi.Coś kręcili, że nie wiedzą czy można, czy to, czy tamto... Wówczas otworzyły się drzwi domu, przed którym staliśmy i ukazał się w nich pan Saito. Sprawa został przedstawiona bezpośrednio jemu... Po chwili napięcia wyraził zgodę: mogę zobaczyć Dojo, lecz nie wolno mi do niego wchodzić. Cóż za ulga!
W towarzystwie Japończyka przeszliśmy przez coś na wzór bramy (dojo otoczone jest drzewami) i po chwili staliśmy przed budynkiem Dojo. Zostało mi przydzielonych dwóch uchi-deshi jako "opieka". Otworzyli oni Salę Ćwiczeń i weszli doń, by ćwiczyć. Pierwsze spostrzeżenie to widoczny brak remontów. Dojo jest wiekowe, niczym zmarszczki na twarzy starca dodaje mu powagi i wymusza szacunek. W jednym z rogów sali widoczny był ceremonialny bęben. zaś na jednej ze ścian pozawieszane różne rodzaje drewnianej broni. Wśród nich włócznia oraz karabin. Jak objaśnili uczniowie, karabin był tam i jest od zawsze.
Rozejrzałem się dookoła. Panował dość przykry dla mnie nieład. Woń gotującego się ryżu oraz ogólny nieporządek... Mijali mnie różnej nacji uczniowie, zaś napisy koło dojo (po angielsku) upewniały mnie, że zarówno Japończycy, jak i Obcokrajowcy rozumieli moje dwujęzyczne, japońsko- angielskie pozdrowienia i zapytania. Poczułem się dośyć przykro, jak intruz... Owszem, zjawiłem się właściwie znikąd, bez zapowiedzi. Lecz łączyła nas jedna, wspólna cecha- zamiłowanie Aikido. Nie przeczę, interesują mnie również "mistyczne" i filozoficzne podłoże Sztuki Pokoju, a przecież te walory osiągnęły swój rozkwit właśnie w Iwama! Jestem pewien, że gdybym bliżej poznał któregoś z nich, zgodzilibyśmy się w tej kwestii. Jednak na byłem obcym przybyszem. Przykre uczucie, być obcym w tłumie ludzi o tak podobnych ideałach...
Nie będę się zbytnio rozpisywał na przekazaniem widoku Dojo, najlepiej uczynią to zdjęcia. Zanim jednak je zrobiłem, musiałem się znacznie napocić... Spytałem moich opiekunów, czy mogę wykonać fotografię wnętrza Sali. Nie zgodzili się i czym prędzej zamknęli drzwi. Cóż... przepadło. A czy jest możliwe wykonanie fotografii zewnętrznej części budynku. No.... Oni nie wiedzieli. Odparli, że na to zezwolić może ktoś od nich starszy stażem. Obecnie gdzieś tam poszedł i jest nieobecny. Tak A kiedy się zjawią Za 45 minut. Ok, poczekam. Czekam, czekam.... Walka nerwów. Moi "opiekunowie" są już cokolwiek zniecierpliwieni pilnowaniem mnie. W końcu zgodzili się i ku obopólnej radości mogłem zrobić kilka zdjęć. Nareszcie! Podziękowałem za towarzyszenie mi na terenie posesji i oddaliłem się do znajdującej się naprzeciwko wejścia na teren Dojo świątyni. Świątynia nie jest odgrodzona, dostępna dla wszystkich odwiedzających. Niezbyt okazały budynek ceremonialny, poprzedzony kamienną "bramą", typową dla obiektów sakralnych. Za pierwszym budynkiem znajduje się właściwa Aiki Jinja. Jest to dosłownie rzecz biorąc niewielki budyneczek, a właściwie skrzynia, w której jest ołtarz. Tam złożone są kosmyki włosów O'Sensei oraz niektóre zwoje kaligrafii, również przez niego wykonane.
Uczucie wielkiej radości i szczęścia. Nie ukrywam, zrealizowałem jedno z moich największych marzeń. Ponadto, dość jestem związany z pacyfistycznym przesłaniem Aikido i ta podróż nabrała dla mnie rangę niemalże pielgrzymki do świętego miejsca. Nie chodzi mi o oddawanie pokłonów jakimś ołtarzom i innym rzeczom, ręką ludzką stworzonym. Przecież tam właśnie w ostatnich latach żył i pracował Mistrz- Założyciel! Mogłem chodzić w miejscach, gdzie na pewno niegdyś był obecny. Nie wszedłem do Dojo, szkoda. Ale byłem koło świątyni, przed salą ćwiczeń. Oddychałem powietrzem, którym On oddychał. Padał na mnie deszcz, który i Jego musiał zraszać... Niesamowite uczucie pewnej "bliskości"... Tak zapewne czuje się muzułmanin w Mekce...
Piotr Bulica


